24 maja 2010

krejzi..





ulica w Wołominie koło 5 rano..
Zwariowany wekend wciąż szumi mi we krwi. Trzy dni w drodze! Z plecaczkiem.. Ale po kolei. Pomysł narodził mi się, kiedy zostałam wysłana do stolicy, jako delegat na zjazd muzealników. Najpierw miała być tylko Wa-wa i tylko z opcją pozostania na noc i połażenia sobie po mieście. Ale padła pewna propozycja aby udać sie dalej, całkiem daleko i ja z tej propozycji skorzystałam:-)). Konferencja na zamku, sporo fajnych ludzi, sporo nowych kontaktów-było ok. Łącznie z oglądaniem Damy z łasiczką czy innym zwierzątkiem, na ręcach. W Krakowie, Dama ostatnio rzadko bywa, więc poszłam jej powiedzieć dzień dobry. Po obradach miałam chyba ze dwie godzinki czasu do przyjścia Shigelli, więc pokręciłam sie po okolicach zamku. Nawet zrobiłam trochę zdjęć dla rodziny, żeby wiedziała, że na pewno byłam na zamku w stolicy. Wprawdzie zdjęcia obejmowały głównie momenty, detale, street foto, ale jakieś charakterystyczne sylwetki budynków są widoczne. Z Shigellą obejrzałam całkiem inne miasto, ale tu znowu tylko detale, fragmenty, jakieś bramy i podwórka, w sapkowej knajpie wypiłam dobre piwo i pełna pozytywnych wibracji, ruszyłam dalej. Kolejny przystanek wypadał w Wołominie, przy sklepie Absolut. Absolut mi sie kojarzy głównie cytrynowo i w stanie pełnego zamrożenia, więc bardzo przyjemnie. Jako osoba obca zostałam polecona opiece pana kierowcy a do jego opieki dołączyło sie chyba pół autobusu. Pan kierowca miał oczywiście rodzinę w Mieście Smoka, wymieniliśmy także informacje na temat stanu Wisły tam(Kraków) i tu (Warszawa) i w odpowiednim momencie zostałam troskliwe wysadzona przez cały autobus, prosto w ramiona Gamajun i Harry’ego. Bardzo miły wieczór na tarasie przy świecach, lampce czerwonego, w towarzystwie Gamajun, Harry’ego, pieseczka i Franka, który chrobotał i pluskał w akwarium. Podobno miały też być komary w dużych ilościach, ale jakoś nie doszły. I dobrze. Wieczór przegadany, szlachetny trunek skonsumowany, tudzież resztka papierosów, jaka sie uchowała. Harry posłał się do sypialni, bo przecież wcześnie rano jechaliśmy w świat, a my gadałyśmy jeszcze na różne życiowe tematy, jak to między nami kobietami i w odpowiednim czasie poszłyśmy złowić te nieliczne chwile snu. Prawdę mówiąc byłam bardzo zmęczona i śpiąca, po tym dniu pełnym wrażeń, w końcu musiałam wcześnie wstać na intercity poranne, wypić litry kawy, spacer po stolicy, wszystko to szumiało mi w głowie, wrażenia i uczucia pomieszane z czerwonym winem.. i nagle zasnęłam jak kamień, nawet nie wiem kiedy. Było cicho i ciemno i nagle było cicho i jasno. I zebraliśmy się, co tam kto miał i ahoj, witaj kolejna przygodo! Dzień był raczej szary niż błękitny i Szczecin, albowiem tam był nasz cel, powitał nas deszczem wcale nie małym. A Szczecin jak to Szczecin.. miasto moje z wyboru. Tutaj zawsze dobrze się czuję. I były to fantastyczne dni, bez chwili nudy i bez rozważań egzystencjalnych, bo kompletnie mnie nie interesowało po co, ale jedynie, że byłam. Przyjazd rano, prosto do firmy, ale dziś na luzie, bo jestem dzisiaj sprawna umysłowo inaczej :-)
a fotki powklejam wieczorkiem, jak dokonam selekcji i cenzury. ;-)

7 komentarzy:

  1. :) świetna relacja..działo się ..i to jest fajne.a gdzie zdjęcia? pozdrawiam serdecznie.A.

    OdpowiedzUsuń
  2. Grunt to od czasu do czasu skorzystać z możliwości "wyłączenia się". To zdrowe dla ducha :).
    Ja w ostatnim czasie jestem zbyt nakręcona w związku z pracą by się móc wyłączyć ;). Ale to okresowy stan.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wekend pełen wrażeń :)

    OdpowiedzUsuń
  4. a tych ludzie ze zdjec to gdzie wymiotlo ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja wędruję, Ty wędrujesz, ona /Dama z łasiczką/ wędruje...

    OdpowiedzUsuń
  6. my wędrujemy, jednym słowem! chyba lubię wędrować. W myślach i marzeniach także:)

    OdpowiedzUsuń
  7. dziewczyno masz kondycję , a ta ulica o 5 rano...tylko stać i łkać, chyba, że po "znieczulających środkach", to może być pięknie ..i te marzenia :)

    OdpowiedzUsuń