11.09.2009

takie tam


Jestem zmęczona. I fizycznie i duchowo. I nic mie się nie chce. Ani mówić, ani pisać, ani robić zdjęć. Choć czasem pojawia się malutka iskierka, jak dziś, kiedy pod drzewem stał samochód cały zasypany liśćmi.. nie miałam aparatu. Został w domu. Więc obojętnie poszłam dalej. I jestem zmęczona, wciąż.
Tak, mam zły nastrój. I trochę sobie pogderam. A mój zły nastrój nie jest niczyją winą. Tak wszyscy są dla mnie mili i mnie lubią, oprócz tych co mnie olewają, bo nie jestem już im potrzebna i ja, jako ja, ich już nie interesuję. Tak, pogoda jest taka, że zaczynam być zgryźliwa i złośliwa, a chwilami wpadam w apatię i nicmisięniechce i podoba mi się to, że nicmisięniechce i nikt nie jest w stanie mnie skłonić do innego podejścia do życia. Oprócz tego, że nicmisięniechce, różni ludzie mnie wkurzają, szczególnie moja koleżanka która zachwyca się różnymi dziwnymi rzeczami związanymi z pracą. A ja mam okres nielubienia pracy, ludzi z pracy, rzeczy z pracy i wszystkiego; co z pracą sie wiąże. I chcę tylko wrócić do domu i dalej nic nie robić. Mogę ewentualnie pooglądać film, wypić morze herbaty, zjeść jabłka i gruszki, ale żadnych rozmów, telefonów nie uskuteczniać. Mogę ewentualnie odebrać pocztę, ale nie gwarantuję, że przeczytam. I nie wiem, kiedy mi to przejdzie? Może na wiosnę?

11.07.2009

sobota


miało być słonecznie, dzień miałam zacząć od plenerku od mglistego poranku rozjaśnionego promieniami słoneczka. A światło miało sie skrzyć w kroplach rosy i mgiełce mojego oddechu. Zamiast tego, dostałam mżawkę i szarobury świat. Ale cóż. Kilka rzeczy wołało wielkim głosem, żeby sie nimi zająć, więc sie nimi zajęłam.

11.06.2009

takie tam



Ponarzekam trochę, pomarudzę. Jak ktoś nie chce, niech nie czyta. Czasem człowiek musi sobie pomarudzić. Słońce piękne, niebo niebieskie, ja tkwię tutaj w pracy. Robię rzeczy których nie chce robić, bo i tak tego nikt nie doceni. A dla własnej satysfakcji już mi się nie chce. Czasem potrzebuję bodźca, bo sama idea jakoś już nie wystarcza. Czuje się odsunięta od wszystkiego, co z jednej strony jest wygodne, ale z drugiej daje mi pewność ze jestem jakby przeznaczona na odstrzał. Trudno. Zrobię wszystko, żeby mi to wisiało. Musze popracować nad sobą i tyle.
No więc, Słońce piękne, niebo niebieskie, ja tkwię tutaj w pracy i wszystko mnie boli. Tak wszystko, albo prawie wszystko. Tak wiem, jesień. Tak wiem, moje kości, stawy, wiązki nerwowe mają już dość i chyba chciałyby umrzeć, a ja się nie zgadzam. Więc żeby mi zrobić na złość, nie pozwalają mi zapomnieć, że je mam. Dopiero teraz wiem, ile mam stawów i drobnych stawików i do każdego przyczepione są mięśnie i włókna nerwowe, które mnie opasują w boląca siatkę, jak baleron. I plecy, nie zpominajmy oplecach a one same nie pozwolą mi zapomnieć. Krzesło mam tak francowacie niewygodne, że mogłabym stać, zamiast siedzieć. Dobrze, że mam dwa dni wolnego, więc jakoś odpoczne w domu. Znowu mnie czekają towarzyskie wizyty w ośrodku, a najbliższe randki mam z neurologiem i rehabilitacją. Znowu i znowu, again i again.. nudne to. No i ponarzekałam. Na dzisiaj koniec.
A dzisiaj rano, była przepiękna mgła, gęsta jak mleko.