
Jestem zmęczona. I fizycznie i duchowo. I nic mie się nie chce. Ani mówić, ani pisać, ani robić zdjęć. Choć czasem pojawia się malutka iskierka, jak dziś, kiedy pod drzewem stał samochód cały zasypany liśćmi.. nie miałam aparatu. Został w domu. Więc obojętnie poszłam dalej. I jestem zmęczona, wciąż.
Tak, mam zły nastrój. I trochę sobie pogderam. A mój zły nastrój nie jest niczyją winą. Tak wszyscy są dla mnie mili i mnie lubią, oprócz tych co mnie olewają, bo nie jestem już im potrzebna i ja, jako ja, ich już nie interesuję. Tak, pogoda jest taka, że zaczynam być zgryźliwa i złośliwa, a chwilami wpadam w apatię i nicmisięniechce i podoba mi się to, że nicmisięniechce i nikt nie jest w stanie mnie skłonić do innego podejścia do życia. Oprócz tego, że nicmisięniechce, różni ludzie mnie wkurzają, szczególnie moja koleżanka która zachwyca się różnymi dziwnymi rzeczami związanymi z pracą. A ja mam okres nielubienia pracy, ludzi z pracy, rzeczy z pracy i wszystkiego; co z pracą sie wiąże. I chcę tylko wrócić do domu i dalej nic nie robić. Mogę ewentualnie pooglądać film, wypić morze herbaty, zjeść jabłka i gruszki, ale żadnych rozmów, telefonów nie uskuteczniać. Mogę ewentualnie odebrać pocztę, ale nie gwarantuję, że przeczytam. I nie wiem, kiedy mi to przejdzie? Może na wiosnę?




