29 listopada 2008

sobota w pracy

Dzień pochmurny. Czasem pada deszcz. Na biurku mała lampka migocze płomieniem, w kubku herbata z malin. W uszach słuchawki, muzyka z filmu Bandyta; moja ulubiona, dobra na ciężkie chwile. Próbuje skupić się na pracy, zrobić kolejne galerie do strony. Ciężko. Zrobiłam trochę zakupów około świątecznych. Kilka niepotrzebnych drobiazgów, których posiadanie daje mi radość. Więc może i potrzebnych. Malutki świecznik w szklanym kubku. Świeczka, nie wiem jaka, ale ma fajny stojaczek na nóżkach. Malutka szklana szopeczka. Coś na wzór tych szopek z Włoch, które miały u nas wystawę.
Tylko te są malutkie i z białego szkła. I pojawiły się nowe aniołki.. życzę sobie kartę stałego klienta do tego kiosku, lotniska i dostępu do morza. Idę na całość. Wczoraj miałam wpadkę. A nawet dwie. Chyba jestem przemęczona albo co.. Zagapiłam się wracając do domu. Wsiadłam nie do tego tramwaju co powinnam. Wywiózł mnie gdzieś tam. Noc już była czarna, powietrze jakieś takie rześkie.. kiedy wysiadłam na nieswoim przystanku, postanowiłam iść na piechotę. I tego mi było trzeba. To był dobry piękny spacer. A potem wieczorem, może pod wpływem kilku kieliszków dobrego czerwonego wina (tak młody mnie rozpija, tak, oboje schodzimy na złą drogę. Trzeba było widzieć karcący, pełen oburzenia wzrok mojej matki i jej zaciśnięte usta) ale popieprzyły mi się godziny i nastawiłam budzik o godzinę za późno. Miałam 15 minut żeby wstać, ogarnąć się (nawet pościel złożyłam!) i wyjść. I zdążyłam, szybka jak błyskawica jestem.. A teraz zamiast pracować, to słucham muzyki i piszę notki. dawniej pisałam maile do MS. To było dawno. W innym, tamtym życiu. Pod pewnymi względami szczęśliwszym niż obecne, pod innymi gorszym. Nigdy nie ma tak dobrze, żeby było dobrze. No dobra. Układamy te pieprzone galerie.
W ramach rozrywki, z chęci czy jakiś innych działań, zaczęłam tańczyć przy muzyce Jean’a M. Jarre’a. Chyba coś ze mną nie tak.. albo właśnie tak!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza